Co by było, gdyby wszystkie lodowce na Ziemi nagle stopniały?

Topnienie lodowców to jeden z najczęściej poruszanych tematów w debacie o zmianach klimatycznych, jednak proces ten w naszej rzeczywistości przebiega powoli, milimetr po milimetrze każdego roku. Daje to ludzkości złudne poczucie, że problem nie dotyczy nas tu i teraz, a ewentualne przeprowadzki mieszkańców wybrzeży zajmą pokolenia. Wyobraźmy sobie jednak katastroficzny scenariusz, w którym w wyniku anomalii termicznej, dosłownie w ciągu jednej nocy, wszystkie lodowce lądowe na naszej planecie - od potężnej pokrywy Antarktydy, przez Grenlandię, aż po szczyty Himalajów - natychmiast zmieniają stan skupienia i spływają prosto do światowego oceanu.
Z punktu widzenia glacjologii i oceanografii odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby wszystkie lodowce nagle stopniały, jest niezwykle precyzyjna, ale i przerażająca. Należy jednak na wstępie odróżnić lód morski od lodu lądowego. Lód unoszący się na Arktyce, podobnie jak kostka lodu w szklance z wodą, po stopieniu nie podniesie zauważalnie poziomu mórz (ze względu na wyporność). Cały problem leży w około 24 milionach kilometrów sześciennych słodkiej wody uwięzionej na twardym, skalistym gruncie Antarktydy i Grenlandii.
Według rygorystycznych obliczeń klimatologów, całkowite uwolnienie wody z lodu lądowego podniosłoby globalny poziom oceanów o gigantyczne 66-70 metrów, wymazując z mapy wszystkie światowe metropolie przybrzeżne i na zawsze zatapiając całe państwa, takie jak Holandia czy Malediwy.
Oś czasu: jak wyglądałby nagły koniec lodu
Zakładając natychmiastowe upłynnienie potężnych lądolodów (czyli tzw. efekt jednej nocy), konsekwencje geologiczne i chemiczne uruchomiłyby się kaskadowo.
- Pierwsze godziny: Poziom wód błyskawicznie podnosi się o niemal 70 metrów; Londyn, Szanghaj, Nowy Jork, a w Polsce Gdańsk i Szczecin, znikają całkowicie pod powierzchnią spienionego oceanu, zmuszając setki milionów ludzi do ucieczki.
- Pierwsze dni: Niewyobrażalne ilości słonej wody morskiej wlewają się gwałtownie do rzek w głębi lądu, drastycznie zasalając podziemne zbiorniki wody słodkiej i nieodwracalnie niszcząc światowe rolnictwo oraz ujęcia wody pitnej.
- Pierwsze miesiące: Miliony ton nagle uderzającej zimnej, słodkiej wody zatrzymują Cyrkulację Termohalinową (w tym słynny Prąd Zatokowy - Golfsztrom); wbrew pozorom Europa Zachodnia, odcięta od transportu ciepła, staje w obliczu morderczych mrozów, a na Równiku panują ekstremalne upały.
- Miliony lat: Skorupa ziemska na Antarktydzie i Grenlandii, dotąd wgniatana w dół miliardami ton lodu, zaczyna proces tzw. izostatycznego odbicia, powoli wyginając się ku górze i wywołując potężne trzęsienia ziemi i wulkanizm w nieaktywnych dotąd strefach.
Jak zmieniłoby się otoczenie dla zwykłego obserwatora?
Dla człowieka, któremu udałoby się przetrwać początkową falę wezbraniową i uciec w wyżej położone partie lądu, mapa świata zmieniłaby się nie do poznania. Wybrzeże Morza Bałtyckiego cofnęłoby się aż w okolice Płocka i Torunia, tworząc nowe wyspy z resztek Kaszub. Obserwując morze z wyższych kondygnacji górskich, można byłoby zauważyć zupełnie inne, nienaturalne układy prądów. Bez zimnych biegunów regulujących planetarne cykle, pogoda stałaby się skrajnie chaotyczna - spokojny deszcz zostałby zastąpiony niszczycielskimi super-huraganami zasilanymi nienaturalnie nagrzanymi wodami równikowymi, które bez przeszkód docierałyby daleko w głąb lądów. Zniknęłoby też mnóstwo zwierząt: niedźwiedzie polarne, morsy czy foki arktyczne wyginęłyby w pierwszych tygodniach kataklizmu.
Czy ludzkość mogłaby się przystosować do potopu?
Adaptacja do wzrostu poziomu wody o 70 metrów, utraty 40% powierzchni mieszkalnej w miastach i utraty globalnej bazy przemysłowej wymagałaby największej przymusowej migracji w dziejach. Ludzkość musiałaby uciekać w rejony górskie (np. Andy, Alpy czy Karpaty), gdzie przetrwanie opierałoby się na prymitywnym rolnictwie tarasowym zdanym na kaprysy brutalnej pogody. Brak infrastruktury portowej uniemożliwiłby wymianę handlową - potężne tankowce i kontenerowce rozbiłyby się na dachach zalanych miast. Inżynierowie musieliby opracować technologie gigantycznych farm odsalania wody w głębi ocalałego lądu, ponieważ woda z oceanu zainfekowałaby wszystkie rzeki. Świat podzieliłby się na silnie bronione enklawy surowcowe, a globalna populacja ze względu na głód i wojny o czystą wodę drastycznie by spadła.
Jak naukowcy obliczyli 70-metrowy wzrost poziomu morza?
Badania nad zawartością wody w pokrywie lodowej naszej planety to precyzyjna praca łącząca satelitarną geodezję z modelami batymetrycznymi oceanów. Największym zasobem jest lądolód Antarktydy, na którym lód sięga miejscami nawet 4 kilometrów grubości. Badacze z instytucji takich jak National Geographic czy NASA użyli pomiarów grawimetrycznych (m.in. satelitów GRACE), które zważyły masę lodu na Ziemi. Z ich wyliczeń jasno wynika, że z 70-metrowego wzrostu aż 60 metrów zawdzięczalibyśmy samej Antarktydzie, około 6 metrów stopnieniu pokrywy Grenlandii, a pozostałe metry mniejszym lodowcom górskim. Co więcej, w obliczenia te włączono zjawisko rozszerzalności cieplnej - woda po podgrzaniu zwiększa swoją objętość, co jeszcze bardziej powiększyłoby strefy zalewowe.
FAQ - najczęściej zadawane pytania
Oto najważniejsze fakty dotyczące lodu i oceanów, które rozwieją popularne mity na temat tego zjawiska.
Czy stopienie lodu na biegunie północnym nie zatopi świata?
Nie, ponieważ Ocean Arktyczny to przede wszystkim zamarznięta woda pływająca po powierzchni morza; gdy ten lód morski topnieje, nie podnosi poziomu wody, podobnie jak topniejące kostki lodu w drinku nie powodują wylania się płynu ze szklanki.
Co stałoby się z wielkimi lasami równikowymi, takimi jak Amazonia?
Oceany pochłaniające wcześniej ogromne części kontynentów wtargnęłyby w głąb dorzecza Amazonki, przekształcając największy las deszczowy świata w gigantyczną, słoną zatokę morską, co zniszczyłoby płuca naszej planety.
Czy w historii Ziemi stopniały już kiedyś wszystkie lodowce?
Tak, w eocenie (około 50 milionów lat temu) na Ziemi panował tzw. efekt cieplarniany bez lodu na biegunach, jednak proces nagrzewania planety trwał wtedy tysiące lat, pozwalając faunie i florze powoli migrować i adaptować się do nowych warunków.
Dlaczego stopienie lodowców na lądzie grozi zniszczeniem warstwy ozonowej?
Lądolody i wieloletnia zmarzlina, szczególnie na Syberii, magazynują w sobie miliardy ton metanu uwięzionego w kryształkach lodu; nagłe roztopienie tej zmarzliny uwolniłoby do atmosfery gaz cieplarniany kilkadziesiąt razy silniejszy od dwutlenku węgla, zamieniając Ziemię w duszący piekarnik.










